DUŻY PALEC U STOPY Z DZIURY W SKARPECIE


Co powiecie na historię, tak niezwykłą, że nawet sam bohater nie do końca w nią wierzy? Przebijającą wszystkie bujdy o siedmiu krasnoludkach, rycerzach i Zeusach Gromowładnych? Historię człowieka, który wyszedł z ciemnego lasu, otulonego mgłą jak bobas pieluchą po pierwszej próbie przewinięcia przez tatę. Wyłonił się niczym duży palec u stopy z dziury w skarpecie i ruszył przed siebie.

Tak po prostu. Ruszył prosto zygzakiem, po krętej drodze do przodu. To wspinając się w dolinach to schodząc ze szczytów, przepływając strumienie i przeskakując jeziora, szedł przez pola owsa, kukurydzy i maków, przekroczył dwa lasy i ominął plantację biedronek. Aż dotarł.

 

Dotarł do spiżarni pełnej miłych jak ostatni, nienadgryziony pączek w Tłusty Czwartek, husky. Zapiął psy w ozdobne uprzęże, przyodział stosowny strój, zamachał chusteczką haftowaną nicości na pożegnanie i odleciał czterołapnym zaprzęgiem w stronę pustyni. Na pustyni przesiadł się do rydwanu ciągniętego przez parę czarnych dromaderów, z których każdy na garbie miał małą parasolkę. Następnie wskoczył do karety ciągniętej przez czwórkę jaszczurek chowających się uparcie pod kamieniami, którą dowlókł się aż do tropikalnych lasów deszczowo – śniegowych, gdzieś na pograniczu Alaski z Atlantydą. Aż wreszcie dojechał.

 

Dojechał do przystani gdzie wśliznął się na pokład jachtu „Yell Oh Submarine” przebrany za drewnianą nogę z papugą na kolanie, tam udając podkładowego rajtka nauczył się obsługiwać busolę
i wyznaczając kierunek dalszej drogi, wskoczył do wody niczym rączy pasikonik i odpłynął w dal jak noworoczne postanowienia. Gdy był już wystarczająco daleko od statku, zagwizdał trzy razy a z głębin wyłoniła się wielka, zielona macka, która zaniosła go na brzeg gdzieś u stóp Botswany. I już prawie był u celu.

 

Prawie, bo jeszcze tylko wsiąść do pociągu, byle jakiego tramwaju, dalej autobusem, metrem i tyrolką, z tyrolki przeskoczyć na hulajnogę a potem już tylko siup do balonu, wyskoczyć na wysokości 1200m p.p.m. wdrapać się po drabince, podważyć właz i oto. Oto Wyszedł z kanału, na samym środku ruchliwej ulicy.

 

Dziwnie mu się przyglądano, dziwnie za plecami szeptano. Ale on poprawił skrzywiony kapelusz, wyprostował koszulę wypuszczając z kieszonki zagubioną biedronkę, pogłaskał po nosie stojącego obok osiołka i ruszył w stronę ogromnego żółtego autobusu. Otworzył drzwi, skinął głową kierowcy
i wskoczył na siedzenie pasażera.

 

- Długo Pana nie było, podróż udana?

- Niezwykle. Świat pełen jest wzorów, kolorów i krojów. A ja wiem jak je uchwycić.

- Jedziemy zatem prosto do szwalni?

Pasażer skinął głową. Kierowca przekręcił kluczyk w stacyjce a silnik zamruczał jak przeciągająca się pantera na widok whiskasa. Kierowca odwrócił się do pasażera i uśmiechnął pod nosem.

- Witamy w domu, Panie Woox.



DUŻY PALEC U STOPY Z DZIURY W SKARPECIE


Co powiecie na historię, tak niezwykłą, że nawet sam bohater nie do końca w nią wierzy? Przebijającą wszystkie bujdy o siedmiu krasnoludkach, rycerzach i Zeusach Gromowładnych? Historię człowieka, który wyszedł z ciemnego lasu, otulonego mgłą jak bobas pieluchą po pierwszej próbie przewinięcia przez tatę. Wyłonił się niczym duży palec u stopy z dziury w skarpecie i ruszył przed siebie.

Tak po prostu. Ruszył prosto zygzakiem, po krętej drodze do przodu. To wspinając się w dolinach to schodząc ze szczytów, przepływając strumienie i przeskakując jeziora, szedł przez pola owsa, kukurydzy i maków, przekroczył dwa lasy i ominął plantację biedronek. Aż dotarł.

 

Dotarł do spiżarni pełnej miłych jak ostatni, nienadgryziony pączek w Tłusty Czwartek, husky. Zapiął psy w ozdobne uprzęże, przyodział stosowny strój, zamachał chusteczką haftowaną nicości na pożegnanie i odleciał czterołapnym zaprzęgiem w stronę pustyni. Na pustyni przesiadł się do rydwanu ciągniętego przez parę czarnych dromaderów, z których każdy na garbie miał małą parasolkę. Następnie wskoczył do karety ciągniętej przez czwórkę jaszczurek chowających się uparcie pod kamieniami, którą dowlókł się aż do tropikalnych lasów deszczowo – śniegowych, gdzieś na pograniczu Alaski z Atlantydą. Aż wreszcie dojechał.

 

Dojechał do przystani gdzie wśliznął się na pokład jachtu „Yell Oh Submarine” przebrany za drewnianą nogę z papugą na kolanie, tam udając podkładowego rajtka nauczył się obsługiwać busolę
i wyznaczając kierunek dalszej drogi, wskoczył do wody niczym rączy pasikonik i odpłynął w dal jak noworoczne postanowienia. Gdy był już wystarczająco daleko od statku, zagwizdał trzy razy a z głębin wyłoniła się wielka, zielona macka, która zaniosła go na brzeg gdzieś u stóp Botswany. I już prawie był u celu.

 

Prawie, bo jeszcze tylko wsiąść do pociągu, byle jakiego tramwaju, dalej autobusem, metrem i tyrolką, z tyrolki przeskoczyć na hulajnogę a potem już tylko siup do balonu, wyskoczyć na wysokości 1200m p.p.m. wdrapać się po drabince, podważyć właz i oto. Oto Wyszedł z kanału, na samym środku ruchliwej ulicy.

 

Dziwnie mu się przyglądano, dziwnie za plecami szeptano. Ale on poprawił skrzywiony kapelusz, wyprostował koszulę wypuszczając z kieszonki zagubioną biedronkę, pogłaskał po nosie stojącego obok osiołka i ruszył w stronę ogromnego żółtego autobusu. Otworzył drzwi, skinął głową kierowcy
i wskoczył na siedzenie pasażera.

 

- Długo Pana nie było, podróż udana?

- Niezwykle. Świat pełen jest wzorów, kolorów i krojów. A ja wiem jak je uchwycić.

- Jedziemy zatem prosto do szwalni?

Pasażer skinął głową. Kierowca przekręcił kluczyk w stacyjce a silnik zamruczał jak przeciągająca się pantera na widok whiskasa. Kierowca odwrócił się do pasażera i uśmiechnął pod nosem.

- Witamy w domu, Panie Woox.

W górę